Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Było nas zaledwie kilka osób w wielkiej i, przyznać trzeba, już naprawdę po europejsku świetnej sali restauracyjnej nowego hotelu w Krakowie. Rzeczywiście nawet ci, którzy się tu zatrzymują dla owej europejskiej świetności urządzeń hotelowych, na kolacyę jednak po staremu radzi śpieszą do „Hawełki”, gdzie trochę ciasno, nie nazbyt wytwornie ale... przepotężna jest siła nawyknień tradycyjnych.
Mój malarz, który zresztą zawsze ma poglądy zdecydowanego choleryka, daje folgę pesymistycznym swoim o społeczeństwie, uwagom.
— Wystarczy — mówi z przekąsem — nakryć im stół czystą serwetą, zapalić jaśniej światła elektryczne, broń Boże, jeszcze wprowadzić do dekoracyi trochę subtelniejszego, zachodniego smaku, bez wycinanek i kogutków, a pies z kulawą nogą nie zajrzy do podobnego lokalu. Im do życia organicznie potrzeba tego swojskiego smrodku garkuchni, przyjacielsko spodufalonej służby i ordynarnych malowanek na ścianach. To ich żywioł.