Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bił sobie o bufet cynowy porządnego guza na czole.
Drobnostka taka oczywiście nie mogła zmącić różowości światopoglądu, skoro tedy zasiedli przy stole nad, dymiącemi się wonnie, kiełbaskami, Jan rozwijał dalej swoją tezę.
— Barbarzyńca — mówił w zapale — wywołuje grozę kolizji tragicznych a w wyniku psuje widzom humor i apetyt. Cham taki nieokrzesany każę bohaterom swoim szwędać się, jak zmorom, po scenie i krakać złowrogo: to się mści.
Co się ma mścić do djabła? Czyż od czasów Aischylosa nie zdążyliśmy jeszcze wyrosnąć z tych przesądów fatalistycznych?
Przemiła jest ta dobrotliwa wyrozumiałość wykwintnego dramaturga współczesnego, kiedy prześlizguje się lekko i swobodnie wśród sytuacji, jakie dla starych troglodytów literackich stanowiły temat najtragiczniejszych zatargów.
Ha, ha — śmiał się radośnie — kaprys, zmysły... temperament ponosi... To się nie liczy, to nie ma znaczenia. Słusznie robi zręczny autor dzisiejszy, że nie każę bohaterkom swoim pokutować przez wieki za jedną chwilę kaprysu. To byłoby okrucieństwo, znęcanie się, to odbićby się musiało echem ponurem o nasze dusze wrażliwe.
Kocham, wołał, kocham tę piękną pobłażli-