Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dług ostatniej mody skrajanego żakieta, pomimo, że zawsze był starannie a całkowicie wygolony, tudzież uczesany nieskazitelnie, to jest, że ani jeden włosek nie drgnął na gładko wymuskanej, a jak radca z przekąsem mawiał, „rozłupanej“ głowie, w dostatki nie opływał bynajmniej i że zapewne niejedną stronę swego stanu posiadania musiał wstydliwie ukrywać.
Ha, cóż dziwnego. Pan Karol pisywał wiersze, drukowane czasami w pismach. Toż człowiek, który czasem tylko wiersze w pismach drukuje, oczywiście niezawsze może mieć na mieszkanie, ba, i niezawsze na obiad.
Myśl ta zasępiła smutkiem poczciwe czoło pana Józefa.
Trudno, mówił do siebie, wymagać od człowieka górnych dum o doskonałości rzeczy wiecznych, skoro mu tu, na ziemi, brakować może mizernych kilku złotych na obiad doczesny.
Zdało mu się, że niesprawiedliwy był w sądach o Karolu, zarzucając mu przyziemność i pospolitość, toż uczuł w sumieniu jakby wyrzut za popełnioną mimowoli zniewagę godności ludzkiej.
Współczucie w zacnem jego sercu wzbierało coraz silniej, toż kiedy tramwaj w odpowiedniem przystanął miejscu, bez dalszych omówień wziął pana Karola pod ramię.