Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spokój i powaga niewypowiedziana osiadły mu na czole. Sciągnęły się nad oczyma surowo wielkie, krzaczaste brwi, ale nikomu nie grożą, nikogo nie nienawidzą, nikomu nie zawidzą, jeno martwej twarzy chłopskiej nadają wyraz królewskiej niemal godności i dostojeństwa.
Wydłużył się nos, zaostrzyły wszystkie rysy, wydelikaciła, w woskowej martwocie trupiej, spalona cera chłopska.
— Odpoczywasz se jak pan — zawodzi Mateuszowa, kiwając się rytmicznie nad zwłokami męża. — Odpoczywasz se jak pan gospodarzu nierychliwy. Założyłeś se leniwe ręczyska po pańsku i już się, nie boże, nie tkniesz ani wideł, ani pługa, ani siekiery, ani inszej chłopskiej rzeczy, a nam, sierotom ubogim, ostawiasz harowanie a biedowanie do końca dni żywota naszego.
Nieruchomo splecione na piersiach ręce męża przejmowały zbolałą wdowę dziwnem wzruszeniem. Ogarnęło ją ogromne rozrzewnienie. Z gwałtownym szlochem rzuciła się na te bezwładne, trupie ręce i okrywała je pocałunkami.
— Hej, hej, upracowały się one ręczyska serdeczne, upracowały. Nie dał im chłop robotny wytchnienia, nie dał pokoju, nie założył tak palczysków, nieboraczek, póki życia, nie odpoczął gospodarz mój złocisty do ostatniego dechu, nie odpoczął.