Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Toż minęło lato, — biada — a jednego grosza odemnie nie wzięła.
Aż w pierwszych dniach jesieni wpada Adam do kawiarni, rozpromieniony.
— Wiesz? Basia jest już z powrotem w Paryżu i pisze na gwałt o pięćdziesiąt rubli.
— Naturalnie posyłasz?
— Lepiej. Sam jadę. Udało mi się w zarządzie wytrzasnąć bilet wolnej jazdy... no, niby w sprawie służbowej... Sam zawiozę monetę i zabiorę moją panią, choćby jej tam zagranicą obiecywano złote góry.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wrócił jednak bez swojej pani.
— Nie, wiesz — opowiadał — zawsze mówiłem, że nieproporcyonalność w stosunku zarobków ludzkich jest już doprawdy zbyt wielka. Poprostu czułem się upokorzony ze swoją pensyjką biurową wobec tego, co musi zarabiać talentem swoim śpiewaczym taka Basia. Wyobraź sobie, całe jej otoczenie, cały tryb życia — mieszkanie, meble, stroje, służba, samochód — to inny świat, inna sfera i inna atmosfera. Nie dziwię się, że jej nie pilno wracać do naszych dwu pokoików z jednem wejściem, a nie wiem, czyby w kraju znalazła odrazu równie świetne przyjęcie.
— Powiadam ci — urządziła się niby tymczasowo, ale rzeczywiście rozkosznie. To śmie-