Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Skarżył się przedewszystkiem na bezsenność.
— Nieraz — żali się w kawiarni, jestem tak znużony, iż zdaje się usnę, siedząc, stojąc, zdaje się, że usnę w czasie najgwarniejszej, najbardziej zajmującej rozmowy. Niechże tylko przyłożę głowę do poduszki! — już... Już mnie wstrząśnie jakaś myśl natrętna i ani marzyć o zmrużeniu oka.
Nie wystarcza mu tedy wysiadywanie w kawiarni, którą zamykają o godzinie drugiej w nocy, włóczy się więc po mieście do rana białego.
— Nie mogę, no, nie mogę poprostu znieść w domu pustki, nie mogę znieść tam braku tej, którą...
Rozbeczał się na dobre. Przyznał się, że pani Basia przedłuża swój pobyt za granicą. Wyjeżdża na lato z ową rodziną angielską do Ostendy, w jesieni zaś musi być w Paryżu, ażeby powetować sobie, spowodowaną podróżami, przerwę w nauce śpiewu.
Przykrość mu jeszcze sprawia ta okoliczność, że żona, snadź nie chcąc przez delikatność wyczerpywać do dna jego kasy, coraz rzadziej upomina się o pieniądze.
— Nie mogę sobie darować, — mówi — żem się wygadał, jaką mi robi trudność wysłanie tych kilkudziesięciu rubli. Jak ona tam sobie biedaczka radzi na obczyźnie!