Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szny i konieczny, zaczynałem się za takiego pana rumienić.
Naturalnie w pryzmacie mojego kalectwa załamać się to musiało w sposób patalogiczny, wywoływało to mianowicie odruch niepochamowanego zażenowania. Nie wiem już ostatecznie, czym się wstydził za kogo, czy za siebie, to pewna, żem się w chwilach podobnych mieszał straszliwie, spuszczał oczy i owego rubla wstydliwego wyrzekał odruchowo.
Tak się zaczynała ruina.
Potem, spłacając stare zobowiązania kosztem najkonieczniejszych potrzeb życiowych, spadałem coraz niżej, aż na samo dno nędzy. Toż wówczas, kiedy mię przyniesiono do szpitala, byłem obdartym, bezdomnym włóczęgą, żartym przez jakieś choróbsko, które mi zaprószył przypadkowo towarzysz przytułku noclegowego.
Proszę mi wierzyć — ciągnął, zapalając się — nie bardzo troszczyłem się o rezultat operacji chorego oka. Było mi wszystko ganc pomada. Nagle... trach! Drugie oko djabli wzięli...
W tej chwili przyszło jakby uczucie niewypowiedzianej ulgi, w świadomości, że gdyby mnie kto najbezczelniej chciał naciągnąć, nie spuszczałbym oczu z tej prostej przyczyny, że ich nie mam.
Ba, teraz, teraz rozpocząć interes jakikolwiek!