Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszelkich paljatywów, mogła to uczynić jakaś niesłychanie śmiała operacja.
Marzyłem o spadku po wuju w Ameryce, o wygraniu na loterji, o rozbiciu banku w Monte-Carlo.
Stało się inaczej...
Zanim przyprowadzono mnie do szpitala w stanie, w jakim ci się, szanowny konsyljarzu, przedstawiłem, nie z jednego pieca chleb jadałem. To jest, dokładniej rzecz określając, jeść próbowałem, bowiem, niestety, stale między apetytem a chlebem kładło się w poprzek przeklęte kalectwo. Oto bywałem śpiewakiem, inżynierem, budowniczym, nauczycielem języków starożytnych i matematyki, palaczem przy samochodach, dziennikarzem, kupcem, fabrykantem, rolnikiem, bankierem. Mogę sobie oddać sprawiedliwość, że na kaidem stanowisku stawałem pewną, mocną stopą, interes zaś każdy budowałem na tęgich, niezachwianych, zda się podwalinach finansowych; cóż, kiedy zawsze znowu, czy to na stanowisku społecznem, czy w interesie finansowym, znalazł się ktoś, kto, dając mi rubla, starał się mnie przy tem haniebnie naciągnąć. Wtedy wzrok mój spotykał się z wzrokiem takiego sprytnego pana i, rzecz dziwna, pomimo, iż uznawałem stosunek jego do tych rzeczy za najzupełniej normalny, za jedynie słu-