Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Stefan mrugnął znacząco okiem, mlasnął językiem i zrobił minę cielęco-zachwyconą.
— Ach — piał lubieżnie — gdybyście widzieli kaskadę czarnych, jak piekło, włosów, spadających na biały alabaster ramion.
Lubił przechwalać się swoimi podbojami miłosnymi. Zresztą kłamał jak najęty. Pozatem posiadał wad innych poczet spory, to też w kompanii opinią cieszył się nienajlepszą. Ot, tolerowano go, jako dawnego kolegę.
A przytem do knajpki wejść wolno każdemu i usiąść choćby przy ich stole uprzywilejowanym.
Zapewne, przyznać trzeba, że zazwyczaj w rozmowach zbierającej się u Krokoszewskiego młodzieży przeważał ton nader podniosły — roztrząsano sprawy najważniejsze ze stanowiska potrzeb chwili bieżącej, lub pod kątem nieskończoności, ale mógł tego słuchać bezpiecznie nawet taki wyprany z wszelkiej ideowości zmysłowiec, jak Stefan, który polował jedynie na