Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śliczne warunki sceniczne, no i nie jest bez talentu.
— Co?
— Obiecują jej czterdzieści rubli miesięcznie.
Henryk chwycił się za głowę w rozpaczy.
— Pani Motecka, pani to mówi?! Pani, rodzona matka, pani, osoba znająca życie nie z jednej strony, pani, kobieta starsza i doświadczona! Czyż pani nie wie na ile niebezpieczeństw narażona jest w teatrze dziewczyna młoda i piękna? Czyż pani nie rozumie w jakie trzęsawisko okropne wtrąca, pani to dziecko czyste i niewinne? O, pani Motecka, pani Motecka!
Oburzyła się trochę na te słowa, dbająca o dobro dziecięcia, matka i nie bez pewnego rozdrażnienia przywołała młodzieńca do porządku. Wyjaśniła mu trzeźwo i rozsądnie, że ludzie biedni muszą być zawsze przygotowani na tysiące niebezpieczeństw, i właśnie dzięki przygotowaniu temu wychodzą z nich ręką obronną;
— Zresztą, kończyła — sama bym wołała dać dziewczynie jakiś inny sposób zarobkowania, skoro jednak nie można, no... to nie można.
— Dlaczego nie można? — zawołał gwałtownie Henryk, którego myśl o tem, że jego Wicia ubóstwiana miałaby znaleźć się za kulisami