Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gją. Znam doskonale ciężary egzystencji i mogę pana zapewnić, że zezwolenie na wasze małżeństwo w tej chwili byłoby szaleństwem, którego mnie, jako matce, uczynić nie wolno.
— Nie będę taiła — ciągnęła dalej — że warunki nasze materjalne są arcyskromne. Przy tych kilku stołownikach z Wicią i młodszemi dziećmi mogę jeszcze wyżywić się jako tako, ale gdyby przyszło sprawić cokolwiek, to, utnij głowę, ani myśleć o tem nie podobna. Mówię panu otwarcie jak jest, ażebyś nie posądzał nas o złe dla siebie intencje. Wicia, biedactwo, niema nic literalnie... no, nic... tyle, co na sobie...
— Ależ ja nie wymagani.
— Tra, ta, ta, ta! Nie wymagam!... Tak nie może być. Musi dziewczyna mieć co na siebie włożyć. Tak, szanowny panie Henryku. Szukałam dla niej zajęcia. Drugi rok, jak skończyła pensję — siedzi w domu. Albo to łatwo znaleźć dla dziewczyny zajęcie? Aż dopiero teraz redaktor... Ten, wie pan, co u nas jada...
— Co?
— Wyrobił Wici engagement do teatru pana Wiechetka.
Henryk porwał się, jakby go przypieczono gorącem żelazem.
— Co?
— Powiada, że dziewczyna posiada prze-