Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widzi pan — tłomaczy poczciwie troskliwa matka — że tu o małżeństwie nawet myśleć na razie nie podobna. Ja, jak pan wie nic, ale to absolutnie nic Wici pomódz nie będę w możności, a pańskie dochody...
— Ależ — przerwie młodzieniec — niechże pani uwierzy, że skoro tylko dostanę pierwszą budowę... że... skoro raz zaprojektuję gmach jakiś wspanialszy... że zarobki architektów... wogóle... pani wie przecież...
To może nastąpić lada chwila... za miesiąc... może za tydzień, może jutro...
— W takim razie czekajmy. Zresztą, po co się macie spieszyć. Tacyście oboje młodzi, tacy młodzi!
Henryk się żachnął niecierpliwie i nie mówiąc już nic więcej, siedział nadąsany.
Pani Motecka nie chciała zrażać bądźcobądź nader obiecującego młodzieńca, tedy zdobywając się na ton możliwie najserdeczniejszy, starała się osłodzić gorzką pigułkę.
Położyła rękę na jego ręku i zaczęła przekładać:
— Panie Heniu, niech pan do nas nie ma żalu. Mówię to panu, jako kobieta starsza i doświadczona, jako osoba znająca życie nie z jednej strony. Od lat sześciu opuszczona, bez żadnej pomocy, utrzymuję siebie i dzieci jedynie własnym przemysłem, własną pracą i ener-