Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




— Cudzie mój, skarbie nieprzepłacony, promienna światłości mej duszy, długoż jeszcze będę znosił okrutne tortury oczekiwania?
— Cóż ja... ja, pan wie, panie Heniu... jabym... No, mój Boże, niech pan pomówi z mamą!...
— Ach, z mamą!...
Wiadomo. Z mamą sprawa była zdecydowana. Pani Motecka, jako wdowa po wytrawnym buchalterze, wszystko załatwiała z kredką w ręku. Po wyjściu ostatniego ze stołowników, na brudnej serwecie stołu jadalnego nakreśliła ołówkiem przypuszczalny budżet młodego małżeństwa. Najściślej ustaliła pozycje nieodzowne jedna za drugą, biorąc za podstawę rachunku ceny, przy obecnej drożyźnie, najniższe i możliwie najoszczędniej wykalkulowane.
Znała się przecież na tem wybornie.
Z dodania niestety strasznie długiego liczb szeregu, wypadło że skromna pensyjka początkującego architekta jest poprostu w żadnym stosunku do sumy, jakiej wymaga, najskromniej choćby urządzone, domowe ognisko.