Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prywatnego teatrzyku, o jakąś ślepą tępą furję przyprawiała.
Nie, nie, za nic w świecie do tego nie dopuści.
Dlaczego nie można? — krzyczał z pasją, wymachując rękami.
No, to znajdź jej pan jakie porządne zajęcie, kiedyś taki mechanik.
— A znajdę, znajdę.
Wybiegł.
Pani Motecka posłała za nim pogardliwe wzruszenie ramion.
— Także opiekun!
Na drugi dzień rano do mieszkania wdowy wpadł Henryk zadyszany, zaczerwieniony, rozpromieniony.
— Mam miejsce dla panny Wici.
Nie posiadał się z radości.
— Panno Wiciu! — wołał w ferworze — niech się pani ubiera! Kolega mój szkolny, Kara-Mustafiński, został prezesem sto dwudziestej dziewiątej kasy pożyczkowo-oszczędnościowej.
— Więc co?
— Przyrzekł mi solennie, że znajdzie dla pani zajęcie. Idziemy.
Dziewczyna klasnęła w ręce, chwyciła swój turban aksamitny, włożyła go na głowę bez lustra i dopiero na wschodach, przybiła ogromne-