Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mi szpilkami do swych bajecznie, złotych włosów.
— Jaki pan poczciwy.
— Spieszmy się, spieszmy — strach co tam kandydatek na to jedno biedne miejsce wyczekuje.
Przez miasto jak szaleni pędzili na skrzydłach nadziei.
W gabinecie jednak pana prezesa, obniżył się nieco djapazon uciechy. Okazało się, że wakuje miejsce inkansenta... do wymuszania wkładów.
— Kobiety?...
— Wogóle wszystko robimy kobietami. Są tańsze, milsze w stosunkach i nie palą.
— No, rozmaicie bywa.
— Palących nie przyjmujemy.
— Tak, ale do noszenia pieniędzy po mieście... hm... przyznasz — tłomaczył Henryk — przyznasz... dziś w tych czasach niespokojnych... wobec tak częstych napadów... wobec grożącego na każdym kroku niebezpieczeństwa... kiedy mężczyźni silni i uzbrojeni, tak często padają pod kulami lub nożami bandytów...
— O, protegowana twoja — przerwie pan Kara Mustafiński — nie ma się czego obawiać — my, inkasentki nasze asekurujemy.
— Jakto? Możecie zaasekurować przed napadem, możecie zapewnić, że jej nic złego się