Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten wyczytawszy niepokój w tym wzroku, odczuł litość i pośpiesznie zaprzeczył.
— O, nie, nie. Absolutnie nic. Zupełnie nic. Zresztą w piekle tamtem nie było po temu możności.
Wyraz ulgi odmalował się na twarzy chorego.
Aliści Brodowicz nie odznaczał się bynajmniej, jak Trelski, ową miękką delikatnością uczuć i naciskał Sfinksa ze wszelkich stron możliwych, ażeby wydobyć z niego jego „zmorę“.
— Oszaleliście chyba, żeby się rzucić na kratę z taką furyą wobec żołnierza?
— Oszalałem.
— Mógł was równie dobrze nadziać na bagnet...
— A mógł.
— Dyabeł was opętał, doprawdy pojąć niepodobna.
— Wielu rzeczy pojąć niepodobna.
— Sfinks! — rzucił tamten zniecierpliwiony.
Margiel podniósł się na łokciu stanowczy i groźny.
— Proszę mię nie badać. To tylko mogę powiedzieć, że gdyby mię wypuszczono na wolność, wtedy... na moment, na chwilę... na parę małych godzin, byłbym tu chętnie potem wrócił bodaj na całe życie.
— A teraz?