Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teraz... teraz zapewne już wszystko jedno.
I było mu pozornie wszystko jedno. Siedział w kucki na narach spokojnie zamyślony, lub ciągnął z innymi swoim pięknym barytonem smutną pieśń więzienną. Nie niecierpliwił się, jak towarzysze, oczekiwaniem na jakąś pewną wiadomość o swym losie, nie denerwował nieprzewidzianym humorem zmieniających się codziennie straży, nie okazał żalu, skoro został sam, gdyż wreszcie Brodowicza i Trelskiego uwolniono, nie wzruszył się też bynajmniej, kiedy pewnego popołudnia wywołano jego nazwisko.
— Jan Margiel, zabierać się.
— Jak?
— „Z wieszczami“.
A był cudowny wieczór kwietniowy. Zapadł mrok i na linii kolejowej wykwitały barwne światła sygnałów. Od pól dalekich, po przez szeroko rozlane wody Wisły, niosła się radośnie wiosna ciepła i pachnąca. W przestworzach drżały zmącone poszumy miasta, które przerzynał, niby ostrzem puginału, świst manewrującej lokomotywy.
Po ustronnej drodze do cytadeli snuły się pary kochanków, miłośnie przytulonych do siebie.