Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niby sennie powieki, wielekroć towarzysze zaczynali z nim rozmowę.
Był istotnie po owem uderzeniu kolbą przez kilka dni poważnie chory. Krew ukazywała mu się w ustach i trochę gorączkował. Leżał na wznak na słomie, z nawpół przymkniętemi oczami. Trelski z Brodowiczem nachyleni nad chorym starali się nieść mu pomoc, wedle sił, środków i umiejętności.
Od felczera fortecznego zdobyli kilka proszków aspiriny. Gorączka spadała.
— Lepiej ci?
— Lepiej.
— Może macie jakie zlecenie na miasto? — wypytywał Brodowicz. — Wysyłam „grypsa“.
— Nie, nie.
Korciła go tajemnica dziwnego zachowania Margiela. Nie umiał wytłumaczyć sobie sprzeczności w jego czynach. On taki zawsze obojętny na los swój, taki oderwany zda się od wszelkich spraw doczesnych, miotał się nagle, jak szaleniec z powodu wiadomości o uwolnieniu Stefana. Co go może łączyć z tym łobuzem?
Próbował go „zażyć z mańki“ jak mówił.
Zaczął niby od niechcenia:
— Opowiadał mi Trelski, że Stefan w kozie wziął na szczerość i wywnętrzał mu się z najtajniejszych swoich sprawek.
Margiel spojrzał pytająco na Trelskiego.