Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przygrzawszy przy piecu kartkę, czytał długo drobne pismo, wreszcie zawołał:
— Sfinks słuchajcie, mam dla was wiadomość: Stefana wypuścili zaraz po naszem wyjściu. Chodziła tam za nim jakaś baba, z którą on teraz wyjeżdża zagranicę.
Margiel siedział na narach w kucki, objąwszy rękoma kolana. Była to zwykła jego poza, w której trwał nieraz całe godziny, nieczuły, obojętny na wszystko, zapatrzony gdzieś przed siebie, czy w siebie. Teraz na głos Brodowicza nie zmienił postawy, nie drgnął nawet, rzekłbyś nie słyszał słów do siebie zwróconych.
— Słyszeliście? — spytał Brodowicz.
— Słyszałem.
I jeszcze siedział chwilę, jak martwy, jak zahypnotyzowany, aż jęknął gwałtownie zerwał się na równe nogi. Zeskoczył na ziemię i biegał dokoła w bezsilnej jakiejś walce, miotał się niby szalony od jednego do drugiego końca kazamaty, a potem, zda się, tracąc całkowicie przytomność, chwycił się oburącz kraty drewnianej i zaczął nią szarpać w rozpaczliwych wysiłkach.
Żołnierz pchnął go w piersi kolbą.
— Odstupi!
Padł na wznak.

∗                ∗

Margiel, jakby bał się indagacyi, zamykał