Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Margiel spochmurniał.
— Zależy — odparł głucho.
— Ha, Sfinks...
— No, więc?
— Zrobi się. W piątek przy wałówkach będziecie mieli o lalusiu wiadomości najdokładniejsze.
W kącie za piecem, na pustych w tem miejscu narach, więźniowie urządzili sobie rodzaj biura do korespondencyi.
Przy małej z kałamarza zrobionej, a zasłoniętej niesłychanie pomysłowym parawanikiem lampce naftowej, można było pisać, nie zwracając uwagi stojących na kurytarzu straży. Brodowicz siadł tam i pisał atramentem sympatycznym na kartce, a kartka po przyjęciu jego epistoły była również dziewiczo czysta, jak przedtem. Na odwrotnej stronie zwykłym atramentem wypisał swoje nazwisko i przyszył kartkę do „wałówki“ — miękkiego koszyka z rogoży, który we wtorek wysłał na wały.
W piątek wrócił ten sam koszyk z wiktuałami.
Brodowicz rzucił się nań niecierpliwie i nim zajrzał do wnętrza, rozkręcił w pewnem miejscu rogożę, ztąd wydobył przedewszystkiem niezmiernie misternie zwiniętą trzyrublówkę, a następnie białą kartkę papieru.
— Jest.