Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Eureka!
Margiel zbliżył się nieśmiało.
— Panie Brodowicz — zaczął, jąkając się — jak widzę macie sposoby... drogi... Czybyście nie chcieli wyświadccyć mi wielkiej przysługi?
Chodzi...
Urwał. To, co miał powiedzieć, sprawiało mu snadź trudność niezmierną.
— Chodzi...
— No, walić prosto z mostu — zachęcał tamten.
— Kiedy bo... Nie wiem, czy warto was obarczać takiemi sprawami... no, natury dość dziwnej... Ale mi zależy...
— Ależ proszę.
— Chciałbym koniecznie, ale to koniecznie dowiedzieć się, co się dzieje... no, z tym blagierem... wiecie.
— Ze Stefanem?
— Tak.
— Siedzi w „Rataju“. Zostawiliśmy go tam. Myślę, że papa synalka zaasekurował należycie.
— Myślę — mówił Margiel — że go wypuszczono. Mam pewne dane, pewne wskazówki... Ja tam nikogo na wolności nie mam... Napiszcie do waszych... niech się dowiedzą...
— Ha, ha — śmiał się tamten — a cóż wam po tym lalusiu, co w nim was interesuje, co wam na nim zależy?