Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miałam począć? Chłopak zadurzył się we mnie... szalał... Poznaliśmy się w wagonie... Wsiadłam w Avricourt do pociągu... tam... Ach wiem — jechałam do ciebie, nie powinnam była... ale...
Wstrzymał ją gęstem.
Dosyć. On wie wszystko. Nie potrzebuje mu mówić nic. On przeżył już świadomość tego wszystkiego tam, za kratą, w podziemiach fortecznych.
Dosyć.
Są jakieś tajemne siły, wiążące matkę z dzieckiem nierozerwalnie, jakieś mistyczne nici, po których biegną prądy sympatyczne na najdalsze krańce świata. Niema oddaleń — niema zapór, któreby mogły stargać łączniki krwi wspólnej.
Jak wtedy, kiedy przychodziła z dalekich stron kłaść dziecku rękę na czole, tak teraz on szedł za nią duchem krok w krok i widział każdy jej czyn.
Tam z podziemi fortu Aleksieja oczami tajemniczej istoty owej widział ją w plugawych objęciech tego nienawistnego człowieka. A widział tak straszliwie wyraźnie, tak niewątpliwie, że chciał biedź, odrzucić nikczemnika, odepchnąć bodaj w grób i ocalić matkę dla swojej miłości synowskiej.
Zapóźno!