Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chwycił się ryzpacznie za głowę i syknął w bezbrzeżnym żalu.
— Ach, jakież to okropne tracić matkę po raz wtóry.
Zwrócił się ku drzwiom, ażeby odejść. W tej chwili otworzyły się one niespodziewanie. Stał w nich Stefan. Ujrzawszy Margiela chciał się cofnąć, uciekać, ale, rzekłbyś, nadmierne przerażenie, sparaliżowało mu ruchy. Był blady i nogi pod nim dygotały. Oparł się bezwładnie o uszak i drżącemi wargami szeptał, jakby w poddaniu się nieodpartej konieczności:
— Sfinks, Sfinks!
Margiel zaśmiał się obłąkańczo.
I tę scenę przeżył w imaginacyi z dziwną ścisłością jasnowidztwa. Przeżył ją dokładnie ze wszystkiemi konsekwencyami czynu, jaki ma spełnić:
Stefan padnie z rozbitą czaszką u nóg matki, krew i mózg obryzga jej suknie...
Podniósł do góry ciężki kandelabr bronzowy...