Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wychodził z wagonu. Zdążył jednak jeszcze rzucić:
— Ja tu mam majątek jeden oglądnąć... do kupienia. Mówią — czyste śrebło!
Zniknął.
Kandyd siedział, jak zahypnotyzowany, z okiem utkwionem w drzwi, któremi wyszedł tamten człowiek.
— Do kroćset! — zawołał wreszcie. To ciekawe, to doprawdy ciekawe! Co zacz jest ów dygnitarz osobliwy, który czytać nie umie?
— Ex-szynkarz z Kociogłów...
Wyjaśnienie to padło z ust młodzieńca, siedzącego dotychczas cicho w rogu przedziału. Zdało się nawet, że drzemał wygodnie, oparłszy głowę o poduszki wagonu. Miał on nadto kołnierz od palta podniesiony, a na oczy nasunięte ronda szerokiego, artystycznie wymiętoszonego, kapelusza, tak, że oblicza jego dojrzeć nie było podobna. Teraz kołnierz odwinął i poprawił kapelusza na głowie. Ukazała się twarz blada o smętnem marzącem wejrzeniu.
— Szanowny pan go zna? — zwrócił się doń Kandyd namiętnie. — To bajeczne — wołał — to istotnie przedziwne! Ten analfabetyzm absolutny, przy niezrównanej pewności siebie, przy owej tęgiej, naiwnej, prostej wierze we własne siły, we własną wartość... to doprawdy zachwycające! Człowiek ten nie zadraśnięty kulturą,