Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mi pan dwa złote wsunął w łapę, że nie musiałem spuszczać oczu...
— Oh, doprawdy, — przerwie ten skromnie — czyż warto o tem mówić?
— Warto, warto. Bowiem dzięki momentowi temu nastąpił we mnie ów przełom upragniony, ów zwrot konieczny, owo unormalnienie stosunku mego do wielu spraw życia. Dzięki momentowi temu, pozbyłem się chorobliwych odruchów i uodporniłem w walce o rubla.
To pańska zasługa.
— No, nie przesadzaj pan.
— Nie przesadzam i chcę być wdzięczny. Niewdzięczność jest najobrzydliwszą z przywar ludzkich. Szukałem pana. Oddawna na każdego w lepiej skrzypiących butach przechodnia wołałem: doktorze. Wiedziałem, że mi kiedyś na wołanie to odpowie pan swoim głębokim basem i że ja będę mógł z długu zaciągniętego nareszcie się wypłacić.
— No, no, proszę niech pan o tem nie myśli.
— Już pomyślałem. Bo właśnie panna Pająk...
— Co?
— Bo właśnie panna Pająk zwierzyła mi się, że protegowanie jej jest ponad siły pańskie, że pan miewa z tego powodu kłopoty... pewne