Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trudności płatnicze, to też postanowiłem ulżyć panu ciężaru.
— Jakto?
— Zająć się losem tej wdzięcznej osóbki całkowicie.
— Łajdak! Jakiem prawem?
— O, mój Boże... No, rozporządzam znaczniejszymi funduszami. Proszę pana, niezrównana ta artystka, posuwając się w hierarchji społecznej, dzięki kulturze, jaką jej dajemy, uczę ją bowiem śpiewu... w wolnych chwilach.
— Pan?
— Ja. Otóż, powiadam, posuwając się w hierarchji, podnosi w odpowiednim stosunku stopę wymagań życiowych i stanęła ostatecznie na szczeblu... na którym... którego... Ha, cóż, wszystko ma swoje granice... i człowiek, żyjący wyłącznie z pracy rąk własnych, choćby przy najrozleglejszej praktyce...
— Jak śmiesz mówić mi coś podobnego?
— Proszę pana, ot już w tym roku nie mogłeś pan przyjaciółce naszej sprawić pelerynki sobolowej... musiałem ja...
— Pan? Nieprawda, dostała od babki staruszki.
— Od dziadka, panie szanowny, od dziadka.
— Po co mi pan otwierasz oczy na tę ohydę?
Zacisnął pięści.
— Ach, jacy ludzie są okrutni i mściwi: oko za oko!