Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przysłonił twarz rękoma i milczeliśmy obadwaj długą chwilę.
Kiedy wreszcie opanował nagły wybuch niepożądanej rzewności, kiedy otarł nieznacznie, zwilgotniałe od płaczu, oczy, mówił dalej, starając się hamować nadmierne wzruszenie.
— Czy kocham? Boże! Powiedziałem: trochę ofiary!.. Było to jedno z tych szablonowych kłamstw konwencjonalnych, które się powtarza bezmyślnie, bez wniknięcia w istotną treść wymówionego słowa. Powinienem był raczej powiedzieć szczerze: Niech ogrom ofiary, jaką ponoszę, pozbawiając się na kilka długich miesięcy widoku Baśki, jej wzroku, głosu, pieszczoty, jej osoby... no, pozbawiając się w domu obecności żony... najukochańszej pod słońcem istoty... niech ogrom wyrzeczenia się tego dobrowolnego będzie miarą ogromu miłości mojej dla niej! Niechaj to świadczy, jak daleko posuwam pragnienie uszczęśliwienia ukochanej, jeżeli jestem zdolny unieszczęśliwiać sam siebie w sposób tak bezlitosny...
Bo też, doprawdy, uwierzyłem najmocniej, że wyjazd Basi za granicę dla kształcenia się w śpiewie jest dla niej koniecznością nieodwołalną. Kilka miesięcy systematycznej nauki w dobrej szkole da jej możność zużytkowania wspaniałego talentu w kondycjach jedynie odpowiednich. Basia przy swoim głosie cudownym, przy