Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




— Nie chcę kobiecie wiązać losu, nie chcę pozbawiać jej tego, co zapewne stanowić będzie może całe szczęście i jedyną okrasę życia. Nie chciałbym, słowem, — ciągnął pan Adam z przekonaniem — ażeby piękny jej talent miał się spaczyć i zmarnować przez brak z mej strony tej trochy poświęcenia... wyrzeczenia się osobistego, tej trochy ofiary z męskiego egoizmu, czego niewątpliwie, w naszych mianowicie warunkach, ma najpełniejsze prawo odemnie wymagać.
Istotnie wielkiego poświęcenia trzeba było, ażeby w rok niespełna po ślubie puścić od siebie w dalekie kraje młodą, piękną i naturalnie kochaną bardzo żonę.
— Czy kochana? — powtórzył Adam w uniesieniu, a jasne poczciwe jego oczy zalśniły łzami... Ba, dwie wielkie, jak grochy, łzy djamentowe stoczyły się po policzkach, choć pragnął je wszelkiemi siłami zatrzymać pod powieką.
Jakieś zbyt pospolite, czy zbyt małe na wyrażenie wielkiego uczucia, słowo uwięzło w gardle wstydliwie. Westchnął tylko głęboko,