Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciasnej, małej szarzyzny życia codziennego i bujać wolno po bezkresach wszechświata! Och, o ileż ludzie byliby lepsi, szlachetniejsi, piękniejsi, gdyby chcieli zapomnieć chwilę o trosce dnia dzisiejszego, o wstrętnej pogoni za użyciem, za zyskiem, gdyby wznieśli się do marzeń o nieskończoności, o absolucie. O ileż ludzie byliby lepsi, gdyby chcieli od czasu do czasu spojrzeć oczyma duszy na firmament, zasiany mijardem gwiazd — światów ogromnych...
— A pan dokąd, panie radco? — przerwał nagle Karol.
— Spieszę do domu, gdzie przygotowałem sobie zaimprowizowane naprędce obserwatorjum.
— Hm...
— Zajdź pan do mnie: — zaproponował pan Józef, chcąc wytrącić młodzieńca z tej przykrej, upokarzającej poprostu obojętności dla spraw wzniosłych — zajdź pan do mnie: — mówił — mam balkon południowy, więc doskonały punkt obserwacyjny, przy tem odpowiednio spreparowałem wielką taflę szklaną, że będziemy mogli obserwować zjawisko, dzieląc się wrażeniami.
— Hm... kiedy... jadę na obiad.
— No, to zostaniesz pan u nas na obiedzie. Mam nadzieję, że magnifika moja nie będzie miała nic przeciw temu.
Karol poruszył się na siedzeniu.