Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zjawiska. Przerwał tedy wykład niezwłocznie, i kończąc rzecz kilku najogólniejszemi wskazaniami, kazał podać sobie palto i kapelusz.
Wybiegł na ulicę. Wskoczywszy do pierwszego, przejeżdżającego tramwaju, spotkał się oko w oko z tym łobuzem Karolem. Siedli w wagonie naprzeciwko siebie.
— No, możemy sobie powinszować — zaczął podając młodzieńcowi rękę na powitanie.
— Czego?
— Ach, że będziemy mogli oglądać fenomen cudowny, na który długo czekać trzeba było.
— Jaki fenomen?
— Jakto, to pan nie wie. że mamy dziś zaćmienie słońca?
— Ach, tak, tak... prawda... słyszałem...
Oburzył się pan Józef.
— Pana to nie wzrusza, nie interesuje?
— Proszę pana, człowiek ma swoje zmartwienia — będę tam sobie jeszcze awanturami niebieskiemi głowę zawracał? Zaćmi się słońce, to zapalą elektryczność.
Teraz już radca zgorszony był zupełnie poważnie. Podniósł w górę smutne, melancholijne spojrzenie.
O, ludzie, ludzie! Jakże was ta brzydka przyziemność tłoczy, jak fatalnie trzyma w więzach ordynaryjnej powszedniości. Czyż nie lepiej oderwać się myślą od tej brudnej, marnej,