Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pod figurą, psoty przejezdnym wyprawiać. Kiedy Kazka ujrzeli, jęli go łapać, żeby z nimi do towarzystwa przystał.
— Puszczaj — mówi im — po księdza na plebanję do Niechcic idę, bo mi tatuś umierają.
— Głupiś — odrzekną — księdza na plebanji niema. Widzielim jako dopiero co tędy na bryczce jechał musi do dziedziczki z Topolowa.
Stanął Kazek i drapał się bezradnie w zatyłek głowy.
Do Topolowa było ztąd tak samo wiorst ze dwie, nie więcej, jak do Niechcic, aleć przecie na plebanję do Niechcic matka iść kazali, a nie do dwora w Topolowie. Jakże mu rzecz taką na swój głupi rozum brać, kiedy matka wiedzą jak ma być i co. Skoro zaś na plebanji dobrodzieja niema, to się niema co i śpieszyć. Przystanął tedy z chłopakami pod figurą i rozpowiedział, jak to tatuś znagła przy robocie zaniemogli, jak go ciotka Nastazja kurowała, a okadzała, złe zamawiała, a maściami mazała, jak owo dziś dodnia choroba go sparła okrutnie, że już jeno księdza wołać dał i do śmierci się gotuje.
— Sierotą ostanę — mówi płaczliwie, ale nie bez pewnej dumy, jakby w poczuciu osobliwości swego stanu.
— Owa — przerwie Jędrek od kowalki — ja też sierota... i co?