Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Inni także opowiadali różności o sierotach, bo wiadomo, we wsi i okolicy tego nie brak.
Tymczasem słonko stanęło wysoko na niebie, a niebawem ciepły wietrzyk wrześniowy przyniósł z oddali echo południowego dzwonienia na Anioł Pański.
W tym momencie też powracał proboszcz drogą od Topolowa.
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków!
Kazek puścił się pędem za końmi. Nie zgonił wprawdzie dobrych kasztanów plebańskich, co, choć nienazbyt rosłe, przecie, że na sowitych, obrokach trzymane, raźno po lekkiej drodze pomykały, aleć niewiele trzeba dopadł plebanji i już jegomości rękę całuje:
— Tatuś mi umierają.
Proboszcz do stołu właśnie siadał, zebrał się jednak, nie mieszkając, konie zakładać kazał i co do ostatniej posługi trzeba, kościelnemu nagotowić. Niedługo to trwało, wszelako zanim ruszyli dobrze kilka godzin od wyjścia Kazkowego upłynęło.
Czy, aby żywie ów nieszczęśnik, który pociechy duchowej w ostatniej gdzinie oczekiwał?
— Nie żałuj bata.
W pianie stały kasztanki, kiedy przed Mateuszową chałupę zajechali.
Ludzie wsiowi, księdza z Panem Bogiem