Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Działo się to w wagonie klasy drugiej, w drodze... a no, mniejsza.
Kandyd, jak zwykle, hazardował się na niebezpieczne, paradoksalne twierdzenia. Istne enfant terrible, jeżeli wogóle epitet podobny zastosować wypada do chłopczyka, który szczęśliwie skończył czterdziestkę. Toż jeden z przygodnych towarzyszów podróży na naszą dyskusję bezładną zareagował w sposób zaiste najmniej spodziewany. Pokraśniał nagle i prosto z mostu rzucił:
— A ja ukrywał nie będę... ja tam czytać, nie czytam. Prawdę mówię: ani w ząb.
Jegomość miał nad sobą na kołku pyszne bobry, piękną fokową czapkę na głowie, a na mocno obleśnym brzuchu niezwykle gruby złoty łańcuch od zegarka. Zresztą wogóle wyglądał sowito i dostatnio... jeno kołnierzyk celulojdowy psuł nieco harmonję wielkopańskiej pyszności stroju i postawy.
Szczere i, dodać trzeba, dość dziwne wyznanie pana od bobrów stropiło nas trochę,