Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwłaszcza, że rozmawiając z Kandydem w określeniach byliśmy dosyć... nieoględni.
On jednak nie przeciw nam, lecz właśnie przeciw niemu zwrócił swoje groźne, wyzywające, wprost drapieżne spojrzenie.
Co prawda, to Kandyd po tej deklaracji nieoczekiwanej wlepił w pysznego jegomościa wzrok badawczy i przyglądał mu się już, doprawdy, zbyt natarczywie.
— Hm — dedukował zapewne z właściwą sobie trafnością rozumowania — hm, do kroćset, gentleman prawy, choćby i analfabeta absolutny, kołnierzyka celulojdowego na szyję nie włoży. W tem coś jest...
Tamten zaczął szorstko.
— A pan co lipuje na mnie, jak ciele na kartoflankę z migdałami? Ja się wstydził nie będę. No, nie czytam i... nie trzeba.
— Słusznie.
Poczerwieniał jeszcze bardziej, snadź posądzał przyjaciela naszego o umyślną persiflację. Człowiek był kompleksji krwistej, zdało się też, że lada chwila grozi mu atak apoplektyczny. Czerwień jego policzków przybierać zaczęła odcień fjoletowy, potem siny.
Wywarło to w wagonie pewne zaniepokojenie. Kandyd czuł się w obowiązku zapewnić jegomościa najsolenniej, że okrzyk ten był naprawdę szczerym, bezpośrednim odruchem serca.