Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wpatrywał się uparcie w noc, czarną w tej chwili, jak smoła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dniało już dobrze, kiedy wysiadł z pociągu. Przed dworcem, jak zapowiedział pan Szeliga, czekały konie z Nieznania — czwórka tęgich karych wałachów, zaprzężonych do małego wolanta, który też, niby czterech czarnych djabłów, porwały z kopyta, jak piórko, i niosły wichrem po białej szosie.
Szalona jazda przy orzeźwiających powiewach pięknego czerwcowego poranka do rytmu końskiego kłusa dostroiła tok dumań przyszłego pedagoga. Biegły one raźnie, ochoczo, wesoło do jakiegoś, odtworzonego w marzeniach, prastarego dworca modrzewiowego, pełnego prastarych pamiątek, pełnego cudownie przechowanych zabytków dawno minionej przeszłości, pełnego dawnych, dobrych tradycji, związanych ze wsią polską i z życiem dworu wiejskiego. Pan Szeliga w rozmowie zdążył nawiasowo nadmienić, że majątek w rękach rodziny pozostaje od lat stu kilkudziesięciu, że mieszkała tam ich prababka, pani starościna Nieznańska, i ona to właśnie założyła rezydencję, która w niezmienionych prawie kształtach do dnia dzisiejszego dotrwała. O prababce tej obiecywał prawnuk później wiele niezmiernie ciekawych szczegółów opowiedzieć, była to bowiem postać swego cza-