Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych towarzyszów, jeden z obecnych, dowiedziawszy się o charakterze wyprawy Mroczka, rzucił pod nosem jakby do siebie:
— Winszuję.
Było w tem coś z syku węża.
Mroczek zwrócił się do jegomości z właściwą sobie prostotą:
— Proszę pana, odczułem w pańskiem odezwaniu się akcent złośliwy. Czy nie zechciałby mi pan wytłumaczyć — dlaczego?
— Jakto — zaśmiał się tamten — jakto? To pan nic nie wie o dziedziczce z Nieznania?
— Nie.
— Winszuję.
— Dziękuję. Chciałbym jednak poznać przyczynę powinszowali.
Jegomość zrobił minę sfinksa.
— Proszę pana — zaczął tonem już zgoła innym — mam szczęście, czy nieszczęście sąsiadować z Nieznaniem i właśnie mnie mianowicie nie wypada uświadamiać pana o tem, co się dzieje w domu, w którym ma pan przyjąć obowiązek. W każdym razie mogę pana zapewnić, że dom jest co najmniej osobliwy.
Mroczek nie rozumiał motywów, które nie pozwalają temu panu na otwarte nazwanierzeczy po imieniu, choć pozwala on sobie na pełne znaczenia insynuacje.
Nie nalegał jednak. Stanął nadąsany w oknie