Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


efekt, jaki mową swoją wywiera, podniecał się własnemi słowami. Uderzył się potężną pięścią w piersi. Mówił tonem agresywnym, jakby pragnął wywołać zwadę.
— A bo nie? A co mnie kto będzie manił. Drygnitarz jestem i basta. A coby ze mnie było, kiedyby mnie chłopca dali uczyć? Gryzipiórek jaki, co? Ale ja się w maleńkości raz ze schodów na łeb zwalił i, musi, podziadu ciemieniam nabił, bo jak mi potem tylko kto książkę pokazał, zaraz mi takie ogniki przed oczami latały. No, co poradzić — poszedłem do terminu.
— Hm, tego... zapewne... jednakże i w terminie...
Kandyd miał tu coś do nadmienienia, ale czy wobec poprzednich swoich twierdzeń nie znalazł odpowiedniej formy wyrazu, czy nie chciał przerywać toku zajmujących wynurzeń, dość, że połknął resztę zdania i nie wiadomo było, jakie właściwie stanowisko zajmuje w sprawie elementarnego wykształcenia terminatorów. Pan od bobrów, natomiast, jakby odgadł zasadniczy sens niewypowiedzianej uwagi, bo energicznie odpalił.
— A mnie co potem? Nie mówię podpisać się! Jużci potrza, bo to nieraz człowiek w radzie, albo i w zarządzie siedząc, rękę przyłożyć musi. Ale czytać. Phi! Będę chciał — to se najmę