Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zapieczętowała list, opakowała pierścionek i wyszła, ażeby osobiście oddać to na pocztę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niezupełnie przecież pewna była siebie i, choć krok swój stanowczy uważała za słuszny i konieczny, trwożyły ją jednak jakieś przeczucia złowieszcze.
— Sentymentalizm!
Nastrój uprzykrzała nieznośnie jeszcze ta okoliczność, że do owych krajów odległych listy wędrowały tygodniami, toż na odpowiedź w denerwującej niepewności zbyt długo wypadnie czekać. Z korespondencji, którą pani Zabrzeska z synem utrzymywała, wypadało, że listy z terenu wojny idą dwa tygodnie — tam zaś nieco nawet dłużej. Matka codzień regularnie wysyła do syna obszerne pismo, w którem podawała mu najszczegółowsze wiadomości o wszystkiem, co mogło go choć trochę obchodzić, wzamian też regularnie codzień Władysław słał do matki bodaj słów kilka, gdzieś w marszu lub z szańców, na świstku papieru ołówkiem nakreślonych.
Co prawda nie nazbyt znowu dokładnie posłania owe z placu boju do kraju nadchodziły i nieraz stęskniona i zrozpaczona kobieta z tygodnia całego wieści otrzymywała odrazu. Niemniej przez ciągłość owej korespondencji nawiązał się między matką a synem, jakby nieprzerwany prąd uczuciowy, który, zda się, ową