Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gorzką prawdę powiedzieć biednemu chłopcu teraz, w tej chwili, kiedy on zdała od kraju, rodziny, przyjaciół, w opuszczeniu, mękach tęsknoty, wśród okropności wojny i w ustawicznem niebezpieczeństwie utraty życia, zasługiwałby istotnie na pewną względność.
Mila kończyła list do narzeczonego, a silne wypieki wystąpiły jej na policzki i oczy gorączkowo pałały.
Trapiła ją bowiem ustawicznie myśl jedna, że przecież Władysława do zaręczyn nie popchnęło bynajmniej jakieś wyrachowanie, wynikające z układów rodzinnych.
Zresztą pani Zabrzeska, matka jego, pomimo całej gołębiej łagodności, dość stanowczo opierała się temu związkowi. Ot, jak każda matka zaślepiona, roiła o zaczarowanej księżniczce z baśni.
— Zwyciężyłam!
Jakoby uczucie przypływającej dumy skrzepiło jej piękne, młode ciało. Otrząsnęła się z drażniących niepokojów.
— Z drugiej strony — uspokajała się — lepiej, że list mój zastanie go wśród zawieruchy wojennej, wśród trudu marszów i przemarszów, wśród znoju ataków, wśród grzmotu dział, jęku rannych, wśród twardej okropności śmierci, kiedy nie będzie miał czasu ani humoru na tkliwe rozrzewnianie się z powodu zerwania z jedną panną.