Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Od rana panował już w mieście nastrój szczególniejszego podniecenia. Na wszystkich ustach jedno nieodmiennie pytanie:
— Cóż zaćmienie?
Pisma zapowiedziały początek widowiska na godzinę 12 min. 42.
Mniej świadomi podejrzewają w tem jednak zwykłą dziennikarską kaczkę... dla sensacji, pytają też spotykanych na ulicy znajomych, z drwiącym uśmiechem:
— He, he, cóż zaćmienie słońca?
Oczywiście nie chybi ono ani na sekundę. Może się spóźnić wierzyciel z ratą o kilka miesięcy, literat z rękopisem „do numeru“ o kilka tygodni, krawiec z frakowym, obstalowanym na ślub, garniturem o dni kilka, lokator z zapłaceniem komornego o kilka godzin, ale obliczenia astronomów są matematycznie ścisłe.
Niema co do tego najmniejszych wątpliwości pan Józef, który z astronomją jest trochę, że tak powiemy, spoufalony, bo, choć po dy-