Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przedewszystkiem zażądała, ażeby wybitny poeta napisał dla niej pantominę, zastosowaną do jej indywidualności tanecznej. Pobiegłem do Maeterlincka. Nie trzeba dodawać, że nie targowałem się o cenę. Wieszcz znakomity napisał rzecz cudną. Ale, niestety, Nelly, przejrzawszy rękopis, parsknęła śmiechem.
— Idjota, kretyn, gryzipiórek! Cóż on sobie myśli? Płacę Paquin’owi pół miljona rocznie za stroje, mam dessous za trzysta tysięcy franków, a on mi każę udawać jakąś biedotę poetycką i szwędać się w szarym chitonie przez wszystkie trzy akty. Bałwan!
Zrozumiałem. Niema sztuki czystej. Jest to przesąd równie dziecinny, jak czysta cnota. Słusznie estetyka współczesna przywróciła szacunek dla sztuki stosowanej i urównoprawniła ją z tą inną, jakoby wielką.
Znałem pewnego młodego poetę, który ma przed sobą, upewniam pana, przyszłość bajeczną. Zabrał się do stosownej pantominy.
Uwzględnił, szelma, wszystkie właściwości osobnicze naszej gwiazdy aż do owego pieprzyka na lewej łopatce, aż do pewnych osobliwości w budowie jej nóżek, mniej klasycznych, choć słusznie stanowiących wdzięk specjalny... o, pieprz prawdziwy!.. Ach, panie te jej nieco rachityczne nóżki doprowadzają mężczyzn do szału. Okazuje