Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Że też zawsze musi ktoś odkryć tę odwrotną stronę modelu. Reduta tow. dziennikarzy i literatów była niewątpliwie doniosłem wydarzeniem dnia, złotonośnym interesem dla instytucji, prześwietną, przewspaniałą zabawą dla kilku tysięcy wyborowego towarzystwa warszawskiego, jak jednak inaczej widział to wszystko filister, któremu...
Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Na radcę wpadłem zaraz na wstępie u wnijścia do sal Redutowych. Miał on minę tak kwaśną, że na widok jej zęby mi zdrętwiały, jak po rozgryzieniu niedojrzałej cytryny.
— Jakże — pytam — zabawa?
— Pod Medorem.
— No?
— Pod zdechłym kundlem najostatniejszego gatunku. Ścisk, pisk, harmider — uszy bolą w głowie trzeszczy. Tu orkiestra rzępoli i nie pozwala dosłyszeć słowa rozmowy, tam wrzeszczy hołota i przeszkadza słuchać muzyki. Najgłupsze, najidjotyczniejsze zbiegowisko pod słoń-