Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cem! Wogóle myślę, że ta forina zabaw przeżyła się już stanowczo. Rozumiem bal maskowy w Paryżu, gdzie pikantnie przybrane kobiety tańczą kankana. To ma swój charakter, kolor, ton, rację bytu. Ale reduty! Proszę pana, dobre to było za czasów Księstwa, albo w pierwszych latach Królestwa Kongresowego, kiedy zbierało się towarzystwo swoje, towarzystwo w całem słowa tego znaczeniu. Tam intryga mogła mieć sens... mogła...
— Ba, tu ma pan właśnie cudną ewokację tych dawnych, dobrych czasów. Zabawę ustylizowano według tradycji starej Warszawy.
— Et, jaka ona tam stara...
— No, kostjumy, dekoracje...
— Obskurne, pochlapane farbami płachty, jak w budzie jarmarcznej, zresztą nie widziałem.
— Stare piosenki, deklamacje, przemówienie burmistrza...
— Nie słyszałem. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem... w tłumie. Przytem sparzyła mię uprzejma maseczka, przebrana za wdzięczną wróżkę, która mi przepowiedziała ni mniej, ni więcej, tylko rychły koniec... na raka.
— Hm, żart mniej pomysłowy.
— Panie! — oburzył się — żart drapieżny, okrutny, barbarzyński. Jestem nerwowy, wrażliwy, imaginatyk — niech pan sobie wyobrazi... Dobrze, że mam troskę inną, prawdziwą, bliższą...