Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo doprawdy już nie wiem, jakby nerwy moje zareagowały na podobnie miłe suggestje.
— Ach, pan ma troskę?
— Na szczęście...
Połapał się. Jęknął boleśnie.
— Mam troskę, na nieszczęście... poważną, niestety.
Nagle niby nurek rzucił się w przepływającą falę ludzką. Po chwili wypłynął, chwycił mię za rękę i ciągnął za sobą. Nieśliśmy się z tą falą — z tłumem domin, kostjumów fantastycznych oraz fraków staroi młodowarszawskich. Nieśliśmy się, niby bezwolnie, przez zaułki jakieś, kurytarze, schody.
Radca, bardzo podniecony, mówił, jakby nie panując nad sobą:
— Ona! Jak Boga kocham, ona! Jej bym nie poznał! Każdy ruch, każdy gest, dźwięk głosu. To samo przechylenie głowy, ten kształt uszka... Dziki konwenans. Konwenans nie pozwala kobiety zdemaskować. Parsknęła mi w oczy śmiechem. Panie, gdybym kobietę zdemaskował na reducie, byłby skandal, co?
— Nieprzebaczalny.
— Właśnie. To okrucieństwo. Nie, stanowczo w imię spokoju publicznego, w imię moralności maskowanie się powinno być wzbronione. I do czego to wszystko prowadzi? Jaki z tego pożytek?