Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pytania te cisną mu się do mózgu i fatalnie trzymają w karbach uczucie, które pragnie rozpłynąć się w serdecznym wylewie. Miotany walką wewnętrzną, osunął się niemal bezwładnie na krzesło. Ukrył twarz w rękach.
Zbliżyła się doń i miękką, ciepłą, drobną ręką gładziła go po włosach.
— Biedaku mój, zmarnowali cię tam przez te trzy miesiące ogromnie. Cóż, nie podobna było nic poradzić. Nawet na widzenie się nie chcieli pozwolić.
Ach, ale na dobrą sprawę, — mówiła dalej z tą serdeczną troską kobiecą — na dobrą sprawę powinnam przedewszystkiem zająć się doprowadzeniem cię do porządku. Powinieneś zaraz wziąć kąpiel, zmienić bieliznę, ubranie...
Biedaku mój drogi, kochany... synu!
Przesunęła mu tkliwie rękę po czole, a on, czując na czole swem dotknięcie tej delikatnej, kochającej dłoni, nie panował już nad wezbraną w sercu rzewnością. Pękły tamy. Znikła nienawistna wizya tamtego człowieka. Widział przed sobą matkę i nic mu jej zasłonić już nie jest w możności.
— Matko.
Rzucił się do jej kolan i okrywał je gorącymi pocałunkami. Gwałtowne łkanie wyrywało się z piersi, łzy gorące, perliste wybiegły z pod powiek i w płaczu tym ogromnym, niehamowa-