Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nym spłynęła nań dziwna, niewypowiedziana błogość.
Garnął się ku niej całą swą istotą, tulił twarz w jej dłoniach pieszczotliwych.
— Ile to lat tęskniłem do dotknięcia matczynej ręki. Wiele lat! Wiele razy we śnie przychodziłaś matko położyć rękę na mojem czole, jak to teraz zrobiłaś na jawie.
Za to jedno dotknięcie, za tę jedną pieszczotę przebaczam ci,.. Nie, ja ci nie mam nic do przebaczenia. Nie chcę cię sądzić, nie chcę myśleć!.. Chcę tylko, ażebyś mi mówiła: synu, i żebyś mi dłoń swoją położyła na czole, przesunęła po włosach.
— Matko!
Położył głowę na jej kolanach i łkał cicho.
I ona była wzruszona bardzo. Mała batystowa chustka, którą przykładała do oczu wilgotniała od łez, które w nią wsiąkły.
Odrzuciła ją precz od siebie. Wyprostowała się, jakby się chciała otrząsnąć z wrażeń niemiłych i niepożądanych. W obie dłonie ujęła głowę syna, podniosła ją i przyglądała się bacznie rysom.
Uśmiech radości, czy dumy odmalował się na jej pięknej, ruchliwej twarzy.
— Ale mi wyrosłeś na bardzo przystojnego chłopca — zaczęła już tym właściwym sobie, swobodnym, dziecięcym czy ptasim szczebiotem —