Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie... Chcę wiedzieć... słyszeć... Tyle lat...
Weszli do wspaniale umeblowanego salonu na drugiem piętrze.
— To tu.
Skoro zdjęła welon i kapelusz, Margiel ujrzał, że matka jego ma włosy siwe.
Przy pięknej, dziwnie jeszcze świeżej cerze, przy młodej, wysmukłej, prawie dziewczęcej postawie, przy elastycznych a nieskończenie wytwornych ruchach te włosy siwe...
Ha, teraz zrozumiał dlaczego Stefan plątał się w opowieści, dlaczego przedstawiał zdarzenie nieściśle, dlaczego kłamał kolor włosów.
Skojarzenie przypomnienia tego z tem, co widzi obecnie, narzuca imaginacyi jego obrazy, których pragnie pozbyć się za wszelką cenę. Odpycha je z odrazą, odpycha zwłaszcza z niewysłowioną nienawiścią wizyę, tej bezczelnej, czerwonej, pucołowatej gęby Stefana, która jawi mu się natrętnie obok, tak pięknej jeszcze mimo siwizny, tak wykwintnej głowy jego matki.
Kim jest ta jego matka, czem była? Wspaniałość apartamentu, jaki zajmuje w najpierwszorzędniejszym hotelu świadczy, że w podróży nie potrzebuje liczyć się z wydatkami. Żona nauczyciela niewątpliwie nie mogłaby sobie pozwolić na zbytek podobny.
Jakie było życie tej kobiety?