Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rysowały się ponętnie wytworne kształty jej biustu. Siedziała swobodnie, ale z tą jakąś wrodzoną grandezzą, którą daje kultura pokoleń. Śledziłem uważnie każdy ruch jej białych rąk, o cienkich, wydłużonych palcach. Wypieszczone były starannie i zwinne niewymownie. Z niesłychaną gracyą trzymała w nich nóż i widelec.
W bardzo podobny sposób manipulował nożem i widelcem jej towarzysz. Niewątpliwie są to ludzie jednej sfery — dobrze dobrana para, jeżeli nie pod względem wieku, co niestety wywnioskować wcale nie trudno, to pod względem rasy, stanu i obyczaju. Zresztą niewykluczone jest, że stary gentleman może być rodzonym ojcem pięknej damy.
Malarz brutalnie parsknął śmiechem.
— Pozwól powinszować sobie przenikliwości.
Broniłem swego stanowiska.
Rzeczywiście w sposobie zachowania się starego jegomości względem młodej kobiety było raczej coś z troskliwej ojcowskiej pieczołowitości, niż z czułości kochanka, lub nawet męża.
— Phi, cedził przez zęby mój towarzysz, skoro Adonis liczy sobie dobrze już pod siódmy krzyżyk, cóż mu właściwie pozostaje, prócz zapewnienia ładnej dziewczynie statecznej pomocy i czułej, ojcowskiej pieczołowitości. Utrzymuje