Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to zresztą jeszcze jaką taką równowagę społeczną na tym najpodlejszym ze światów.
— Już to słyszałem... Ale nie przekonasz mię, ażeby osoba takich manier, takiej dystynkcyi...
—...Mogła być dawną pokojówką państwa Barońskich?
— Tak. Zablagowałeś się, kochanie. Nie nabywa się tego z dnia na dzień...
Owszem — nabywa się to, jak zresztą wszystko, za pieniądze.
— Mylisz się. Znam dorobkiewiczów, którzy daliby wiele za trochę dobrych manier.
— Nieprawda. Nic nie znasz nie znasz życia i basta. Dorobkiewicze za dobre maniery bynajmniej płacić nie skorzy, bo po pierwsze — wogóle nie uznają ich potrzeby, powtóre — zgoła nie odczuwają ich braku. Dorobkiewicze ze swojem chamstwem są śmieszni i nieestetyczni dla nas — nie dla siebie. Przeciwnie, to my dla nich jesteśmy śmieszni i godni politowania z naszym chudopacholskim, pretensyonalnym estetyzmem. Oni są z siebie zadowoleni, dumni, bo są bogaci i już. Po za to ambicye ich nie sięgają. Tem się tłomaczy, że nie wydają ani grosza na naszą tak zwaną kulturę estetyczną, czy inną; toż w drugiem jeszcze pokoleniu, choć zdobyli miljony, nie umieją trzymać po ludzku widelca w łapie, jedząc, cmokczą, jak wieprze