Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To już chyba w dwóch szychtach będziemy sypiali.
— Cichaj tam — strofował ojciec — trzeba gościa w dom przyjąć serdecznie.
— Ha, jak ojciec uważa.
Skoro się uspokoiło, Brodowicz wpadł na Grzymałę.
— Zkądeś się tu wziął?
— Z domu. Zabrali w nocy.
— Ha, musiał ktoś sformułować arcydokładną listę czarnokawców Krotoszewskiego. Jesteśmy zatem wszyscy... wszyscy, tylko Sfinksa jakoś niema między nami. Zawsze tajemniczy pan Margiel...
Brodowicz powiedział to ze szczególniej znaczącym naciskiem. Trelski zrozumiał ten akcent i odczuł niemile.
— Nie bój się — odparł z przekonaniem —
znajdą go... nie dziś, to jutro.
Margiela jednak nie widziano dnia tego, ani następnego.

∗                ∗

Ojciec ma racyę. W ratuszu próżnoby szukać owych ponurych więziennych nastrojów, owej ciszy groźnej i bezwzględnej, kiedy to człowiek, odcięty grubymi murami od zgiełku życia, schodzi w powadze samotności na samo dno